Iran 2017- Pierwszy dywan perski

Oni przyjeżdżają do nas to ja pojadę do nich- pomyślałem i zaraz jeszcze- jak tylko przekazać to żonie. Wkrótce nadarzyła się okazja.
- Musimy kupić nowy dywan do dziecięcego pokoju - oznajmiła głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- O, to może przywiozę z Iranu. Wiesz te perskie dywany są najlepsze na świecie a i cena u źródła będzie najniższa. Wiedziała. Wiedziała, że nie żartuję. Znając moją zatwardziałość w realizacji pomysłów spod nierozgarniętej kopuły powiedziała tylko:
- Pożegnaj dzieci, spisz testament i szerokiej drogi.
Pozostało tylko znaleźć kilku udziałowców. Znalezienie kompanów z równie nierozgarniętą kopułą od dawna nie było trudne więc w połowie maja podziwialiśmy na teherańskim bazarze ręcznie tkane dywany. Jako ze redaktorów z pisma „Dywany i makatki moje hobby” nie urzekła moja historia – od tej pory o dywanach już ani słowa



- A będzie coś wreszcie o rybach?
Jak najbardziej. Jak nietrudno się domyślić to one były właściwym celem naszej bliskowschodniej ekspedycji.
Czy na patelni świata, pośród niekończących się piasków i rozżarzonych do czerwoności skał można znaleźć wodę a w niej jakieś pożądane zimnokrwiste życie? Niełatwo w to uwierzyć, ale tak i to jeszcze jakie. W zlewni dwóch pustynnych rzek (to brzmi jak oksymoron) Eufratu i Tygrysu wciąż żyją jedne z największych ryb świata: mangary.



Mangar ( Luciobarbus esocinus) zwany szczupakobrzaną dorasta do 200 kg ( sic!). Rybę o wadze 198 kg złowiono w 1990 r w Syrii, w 2001 w rzece Bvirecik w Turcji odłowiono rybę długości 240 cm ( 111 kg). Ta endemiczna ryba to prawdziwe wyzwanie dla wędkarskich globtroterów. Niestety jest już bardzo rzadka- masowe odłowy, zanieczyszczenia, kłusownictwo a więc to wszystko co doskonale znane jest nam z własnego ogródka skutecznie przyczyniło się do niemal całkowitego wyginięcia gatunku.



Ryby na tych terenach nigdy nie miały łatwo jak chociażby ryba Karu- strażniczka Drzewa Wszystkich Nasion opisywana w Aweście na wiele lat przed narodzeniem Chrystusa a zabita występnie przez Zaratusztrę.
Zdobycie informacji o zwyczajach czy miejscach występowania mangara graniczy niemal z cudem. A propos cudu: w księdze Tobiasza czytamy, że Rafael podczas postoju nad rzeką Tygrys polecił Tobiaszowi złowić rybę, a następnie wydobyć z niej serce, wątrobę i żółć. Podczas nocy poślubnej Tobiasz miał spalić na węglach do kadzenia rybie wnętrzności by powstały nieznośnie zapach odstraszył na dobre Asmodeusza – demona wszystkich demonów. Ciekawe czy złowiona przez Tobiasza ryba był mangar?



Ale jeśli tak to jakiej użył przynęty? O tym święta księga milczy niestety podobnie jak inne księgi i internetowe portale. O przynętach na mangara wiadomo zatem niewiele. Z pomocą miał przyjść poznany przygodnie na FB Pers imieniem Sina, który od czasu do czasu chwalił się na swoim portalu złowionymi okazami. Po wymianie kilku maili Sina zgodził się zostać naszym przewodnikiem po tajemniczej krainie Chuzestanu.



Sina nasz perski przyjaciel polecił obrotówki i jakąś dziwaczna cykadę, która nie wzbudziła mojego zaufania. Z wyglądu mangary to ogromne brzany, więc pomyślałem by podejść do nich po brzanowemu. Postawiłem na głęboko chodzące woblery. Czy słusznie? Za chwile o tym.
Przed przyjazdem od Siny otrzymaliśmy nie wiele sugestii odnośnie przynęt, ale całkiem sporo w kwestii modowej. Prosił abyśmy ubrani byli nie wyzywająco (cokolwiek to może oznaczać) a najlepiej jakbyśmy mieli normalne zielone wojskowe koszule, aby przynajmniej z daleka nie odróżniać się od miejscowych. Wojskowe koszule aby nie odróżniać się od miejscowych – brzmiało nieźle. Jakich miejscowych ma na myśli? Lepiej nie myśleć. Po krótkim przystanku w Teheranie z pomocą miejscowej awiacji udaliśmy się do Ahwazu, miasta oddalonego o jakieś 800 km na południe od stolicy. W 1942 roku założono tam obóz dla polskich uchodźców ze Związku Radzieckiego, tyle wiedziałem o tym mieście.



Kiedy opuszczając samolot stanąłem na schodach prowadzących na płytę lotniska poczułem na twarzy, parzący wręcz powiem powietrza. Pomyślałem że pochodzi z odrzutowych silników więc jak najszybciej zbiegłem z trapu. Niestety kolejna fala powietrza zdała się być jeszcze bardziej gorącą. Taka pogoda- 49 stopni w cieniu. Po wyjściu z lotniska czekały na nas dwie zdezelowane renówki, które zabrały nas w dalszą parugodzinna drogę przez pustynię do…. No właśnie dokąd? Nasz przewodnik był bardzo tajemniczy i na pytanie dokąd jedziemy odpowiadał krótko: nad jezioro. Nigdy nie wymieniając żadnej nazwy. Po około 4 h znaleźliśmy się w miasteczku czy wiosce gdzie zaparkowaliśmy przed jakimś budynkiem pozbawionym okien. Przed drzwiami powitał nas Pers z kruczoczarną lśniącą plerezą, której nie powstydziłby się sam król Rock and Roll’a. Z miejsca ochrzciliśmy gospodarza imieniem Elvis.



Na podłodze pomieszczenia znajdowało się kilka poduszek a na środku ogromna cerata, na której zaczęły pojawiać się misy i talerze z jedzeniem: baran i kebab, pieczone kurczaki, grillowane bakłażany i pomidory, czajnik z herbatą, ziołowy jogurt…







- Tutaj poczekamy do zmroku aby udać się niepostrzeżenie na łowisko – powiedział nasz przewodnik. I rzeczywiście biesiadując czas mijał szybko i wkrótce nastała ciemność.



Ponownie zapakowaliśmy się do renówek by po kilkunastu minutach jazdy znaleźć się nad brzegiem ogromnego zalewu.





Tu czekały na nas łodzie motorowe które zabrały nas w nocny rejs do wcześniej przygotowanego campu.





Tajemnicza sprawa. Świtem naszym oczom ukazał się rajski widok. Jezioro otoczone skalistymi górami porośniętymi z rzadka poskręcanymi drzewami, upstrzone licznymi wyspami i wysepkami.
















Woda w jeziorze była krystalicznie czysta o szafirowym zabarwieniu.









Nie ma na co czekać. Do roboty. Kije w dłoń. Zapakowaliśmy się do łodzi i ruszyliśmy na nasze pierwsze perskie ryby.







Popłynęliśmy z Siną na podwodną wyspę. Jezioro żyło. Żyło i to jak.



Szczerze mówiąc czegoś takiego nie widziałem. Raz po raz a często po wielokroć w tym samym czasie byliśmy świadkami powierzchniowych ataków na drobnicę jakiś monstrualnych stworzeń. Ogromne leje na wodzie, którym towarzyszył zazwyczaj huk jakby właśnie wpadł do wody blok skalny przyprawiały o zawał serca. To żerujące mangary- skwitował Sina. Jak to? Brzany żerujące na powierzchni niczym nasze odrzańskie bolenie? Dokładnie. Tego się nie spodziewaliśmy. Jak wspominałem wcześniej postawiłem na głęboko chodzące woblery. Psu na budę. W naszym arsenale nie mieliśmy żadnych powierzchniowych przynęt ba nawet płytko chodzących woblerów. Przezbroiliśmy się na wahadłówki. Mimo, że ryby były niemal wszędzie na pierwsze branie czekaliśmy wieczność. Zaobserwowaliśmy, że mangary niekiedy polują podobnie jak delfiny – grupowo. Zaganiają ławice uklei w krąg, który następnie zacieśniają a następnie uderzając o wodę ogłuszają zdezorientowane rybki i śnięte zasysają rozwartymi paszczami niczym przemysłowym odkurzaczem. Gdy tylko na elektryku podpływaliśmy w stronę żerujących ryb- tak na odległość rzutu natychmiast się płoszyły i znikały w przepastnej toni jeziora. Zdażało się, że ogromne ryby pojawiały się znikąd tuż tuż przy naszej łodzi. Stadko 10-15 ryb powyżej metra na wyciągnięcie ręki. Niestety nie reagowały na nasze przynęty. Frustracja sięgała zenitu. Raz po raz zmienialiśmy przynęty. Wszystko na nic. Ryby, które żerowały przy powierzchni były poza zasięgiem a te które pływały blisko łodzi pozostawały nieaktywne.
- Spokojnie- mówił Sina, przyjdzie moment, że zaczną żerować. Ważne, żeby go nie przegapić i być we właściwym miejscu we właściwym czasie. Około 11 mam pierwsze uderzenie. Zacinam i holuję swoją pierwszą irańską rybę.



To mangar. Nie jest duży, ma około 70-ciu centymetrów jednak cieszy ogromnie.



Przyglądam mu się dłuższą chwilę by ostatecznie darować mu wolność. Nie zdążył nawet zniknąć z pola widzenia, kiedy kolejny melduje się na wędce mojego współtowarzysza. Ten jest nieco większy. Dobre 80 cm. Opływamy wyspę dookoła doławiając jeszcze dwie ryby podobnych rozmiarów.





Sina proponuje abyśmy zmienili miejsce i przenieśli się bliżej obozu na kolejną zatopioną wyspę. Ta jest znacznie mniejsza i bardzo stroma. Głębokość wokół niej sięga 50-ciu metrów. Nie czuję tego miejsca. Marudzę nieco, że niepotrzebnie zmieniliśmy łowisko. Rzucamy kilka razy bez efektu, wreszcie mam lekkie puknięcie. Branie czy zaczep? Kilka obrotów korbki kołowrotka i jeszcze raz to samo- więc jednak ryba. Typowy wąchacz. Na chwilę przestaję kręcić, tak by przynęta wolno opadła trochę niżej. Tym razem to już nie puknięcie, ale solidne przywalenie. Zacinam- no i się zaczyna. Ryba z niewyobrażalną siła pikuje w stronę dna zabierając cenne metry linki.
- Dokręć hamulec- mówi Sina. Tu wszędzie są podwodne skały, nie daj jej uciekać w dół. Nie daję. Pompuję powoli na co ryba odpowiada silnymi zrywami. Serce wali jak młotem, to po takie emocje pchałem się na ten przeklęty Bliski Wschód. Wreszcie ryba pokazuje się na powierzchni.
- Ale klamot- kwituje Marcin. Podprowadzam go do burty. Jest dobrze zapięty, ale nie mamy podbieraka. Kiedy Sina próbuje wciągnąć rybę do łodzi wstrzymuję mimowolnie oddech. Udało się. Ogromny około dwudziestokilogramowy mangar jest mój. Płyniemy do brzegu na krótką sesję zdjęciową.



Zwycięski pojedynek w samo południe.



Pora wracać na lunch i odsapnąć w cieniu nim temperatura zamieni nas w kebab.
Obóz to kilka namiotów w skromnym cieniu drzew.





Podobnie jak w lipcowy weekend na Kociewiu rządzi grill.









Szefem kuchni jest Elvis.



Po konsumpcji i omówieniu wieczornej strategii czas na sjestę.









W obozie okazuje się, że na drugiej łodzi również nie zbrakło emocji. Jurek pokonał jeszcze większego mangara- rybę długości 117 cm i kilka mniejszych. Witamy w krainie baśni z tysiąca i jednej nocy.











Po lunchyku basen. Woda w jeziorze ma 30 stopni. Wskakujemy do wody.





Siedzimy na kamiennych półkach tak, że tylko wystają z wody nasze rozgrzane główki. Cudowna kąpiel- do pełni szczęścia brakuje tylko orzeźwiającego, złocistego płynu. Prosimy naszego przewodnika, żeby załatwił choć kilka piwek wysyłając łódź do pobliskiego miasteczka. Na naszą prośbę stanął jak wryty, dostał wielkich oczu i rozglądając się mimowolnie dookoła nabierając pewności, że nikt nas nie słyszy wyszeptał tylko:
- To niemożliwe. Równie dobrze moglibyśmy poprosić go o worek kokainy albo 3 nieletnie dziewice. W Iranie obowiązuje całkowita prohibicja. Za picie alkoholu grożą poważne kary, dla recydywistów do kary śmierci włącznie. Gdybyśmy zostali przyłapani przez policję obyczajową na degustacji popołudniowego browarka nasz opiekun musiałby przyjąć na plecy 80 batów bez możliwości odwołania. Co kraj to obyczaj.
Dla niejakiego rozluźnienia zadawalamy się sziszą.



Około 17-tej ruszyliśmy na wieczorną turę. Tym razem szczęście dopisało mojemu łódkowemu współlokatorowi Marcinowi, któremu dane było zwycięstwo nad ponad metrową rybą.



Oprócz tego złowiliśmy z powierzchni jeszcze dwa około 90-cio centymetrowe mangary i shirbuta. Kolejny gatunek perskiej brzany.



To bardzo silna, o ciemnoczekoladowej barwie i wielkiej łusce ryba polująca stadnie na świnkopodobne rybki lustrujące przy skalnych ścianach.





Z czasem okazało się, że świetnie reagują na obrotówki. Wieczorem na rozłożonej dla nas macie (wynalazek krzeseł i stołów w Iranie nie jest zbyt popularny) wymieniliśmy się dopiero co zdobytymi doświadczeniami, wspomnieniami i planami na nadchodzące dni.



Tuż po zachodzie słońca na macie pojawił się kolejny gość. Ogromny, wielkości naszego raka skorpion. Po chwili zaczęli przybywać kolejni licznie wypełzający z okolicznych skał i kamieni. Głównie skorpiony różnej postury i barwie oraz szybkobiegające pająki wielkości dłoni. W pewnej chwili Marcin zerwał się na równe nogi oznajmiając:
- Właśnie coś dużego przebiegło przez moją stopę. Na co stojąc już jak wryty Paweł rzucił:
- Mam to w nogawce.
Pomalutku, centymetr po centymetrze zdjął spodnie. Świecąc latarkami w jego stronę wypatrywaliśmy intruza. Nikogo.
- Wytrząśnij spodnie. Dwa potrząśnięcia i z nogawki wypada obrzydliwa, włochata jakby tarantula. Nocny atak pająków odebrał skutecznie ochotę na dalsze, nocne biesiadowanie. W mgnieniu oka wszyscy znaleźliśmy się w swoich namiotach.



Kolejne dni wyglądały podobnie. Poranna tura, popołudniowa kąpiel, wieczorna tura, nocny atak pająków.
Udało nam się złowić wiele pięknych mangarów i shirbutów. Największego pokonał Marcin- ryba przy 131 cm długości ważyła bagatela ponad 30 kilogramów.









Nie ona jednak była największą sensacją naszej ekspedycji. Pod koniec wyprawy tenże sam Marcin z opadu przy pionowo schodzącej w głąb jeziora skale zaciął na olejnikowego, 60-cio gramowego gnoma rybę potwora. Wraz z naszym przewodnikiem zgodnie oszacowaliśmy jej wagę na jakieś 70 kilo. Niestety po długim, mozolnym holu ryba zeszła na 40 metrów głębokości przecierając plecionkę o podwodne skały.
Minuta milczenia.
Jak to możliwe, że w tym jeziorze uchowały się takie ryby, w takich ilościach, skoro jak wspominałem wcześniej mangar jest niemal na wyginięciu?
Otóż jezioro a raczej zbiornik zaporowy jest uznany za strategiczne miejsce ze względów militarnych a co za tym idzie nikt nie może nad nim mieszkać, pływać, wędkować, etc.
Cały należy do wojskowej zony i przez wojsko właśnie jest strzeżony dzięki czemu nie tylko ryby mogą czuć się bezpiecznie. Jak udało nam się zdobyć pozwolenia na wędkowanie na tym akwenie? Nie pytajcie- tajemnica państwowa najwyższej rangi.

Ryb rzeczywiście było mnóstwo.





























Od kilku lat nie przeżywałem takich emocji. Jak na nałogowca przystało z każdym rokiem uczestniczyłem w coraz to większej ilości wypraw, wpadając w pułapkę rutyny. Zatraciłem pierwotną radość łowcy. Do teraz. Do tej irańskiej chwili.
To miejsce i te ryby dostarczyły mi tyle emocji, przywróciło przyspieszony rytm bicia serc, bez którego nie są tym czym być powinny, stają się tylko zwykłymi wyjazdami do innego miejsca.
Te ryby! I te emocje, tak silne jakie niegdyś potrafiła dawać tylko miłość.









































Starczy! Pora wracać. Początkowo przez osobliwe dla nas miasteczka, zdominowane przez jeden kolor.







Z każdym przebytym kilometrem przybywało kolorów.





Przybywało kolorów, aż dotarliśmy do Teheranu gdzie nastąpiła eksplozja. Spokojnie. Nic z tych rzeczy. Eksplozja barw i zapachów. Zobaczcie sami.















































W wyprawie udział wzięli- od lewej: Sina- nasz perski organizator, Paweł Sinica, Mariusz Aleksandrowicz, Jerzy Ludwin, Marcin Sulimierski;



Tekst: Mariusz Aleksandrowicz
Zdjęcia: autor oraz Paweł Sinica

Członkowie | Wyprawy | Artykuły | Parada rekordów | Plany | Linki | Kontakt
Prawa autorskie do zdjęć i tekstów zamieszczonych na tej stronie są zastrzeżone i chronione polskim prawem.
Fotografie są własnością członków klubu i nie mogą być wykorzystywane bez ich zgody.