Madagaskar 2017 - Atak z Indygo

Z reguły wędkując jesteśmy panami sytuacji. Oczywiście ryby mogą brać bądź nie, pogoda może płatać figla ale poza tym to my „rządzimy”. Jest jednak miejsce gdzie ryby mają bardziej wyrównane szanse. Od początku holu mogą nam dać wycisk niemniejszy od tego jaki fundujemy im.

Na agresywne brania można liczyć przy wielu gatunkach ryb i w wielu łowiskach świata. Dlatego część z nas pokochała tak spinning. To kopnięcie w kij! Ułamek sekundy kiedy ryba nagle materializuje się na końcu naszej żyłki z tym takim niemal słyszalnym „Baaam!”.
Potem hole – jedne wymagające koncentracji, refleksu, sprytu i pomyślunku inne nawet nieco siły, odrobiny wytrwałości. Jednak tylko morskie łowienie w ciepłych wodach naszego globu może wiązać się z totalną agresją i ostrą „jazdą bez trzymanki” ze strony ryb. Wędkarz jak masochista – na własne życzenie przyjeżdża po pęcherze, siniaki, zakwasy… po zbite kolana kiedy to ryba wyciąga go za burtę (a przecież szybciej puści żonę niż wędkę) i trzeba zaprzeć się rzepkami o burtę albo szybko środek ciężkości sprowadzić niżej… po ścięte przez żyłkę pęcherze, po sól na te rany… po fangę w nos od twardego blanku kiedy wygięta w pałąk wędka nagle odstrzeliwuje gdy pęknie 50kg pleciona… z tegoż powodu po zalaną krwią koszulkę… czasem po kotwicę w łapie (a Ownery ST66 cienkie nie są)… czasem po łuszczącą się od bezlitosnego słońca skórę. Wszystko to nazwać można jednym słowem - „Brutalność”. A ta zawsze kąpie się w morzu adrenaliny.

Nosy Be – to konkretnie ta wysepka położona na północno-zachodnim wybrzeżu Madagaskaru była miejscem naszego startu i metą wyprawy.

Niezwykle kolorowe, pełne zapachów i smaków miejsce.

Zaopatrzony w miejscową walutę (ariary) wędkarz może zostać wciągnięty przez Nosy Be jak przez Bangkok w Kac Vegas 2. Jeśli zna jeszcze język francuski – po nim.

A że francuskiego dzięki Bogu nie znaliśmy…

Uskutecznione pierwszego dnia zakupy płynne (trzeba pamiętać by się nie odwodnić) zawieźliśmy do starego portu by załadować je wraz z naszymi bagażami na katamaran, który miał się stać naszym domem na 8 dni połowów. Uroki portu doprowadzały mózg fotografa do wrzenia.

Jakże charakterystyczne malagaskie rybackie łodzie odtąd widywać mieliśmy w pobliżu lądu niemal każdego dnia. Ci biedni rybacy łowią z ręki na trolling. Jedną ręką operują prowizorycznym „takielunkiem”, drugą „wędką”. Ich najczęstszym łupem padają małe tuńczyki bonito, ewentualnie dorady (mahi mahi).

Portowa suszarnia palmowych liści.

Robota paliła się w rękach;)

W drodze na bazar opylić zbiór.

Malgaszki opasane wokół ciała i głowy kolorowymi lamba bardzo często widywaliśmy jeszcze z takimi właśnie maseczkami chroniącymi ich twarze przed słońcem.

Mimo uniezależnienia wpływy francuskie na Madagaskarze widoczne są na każdym kroku.

Andoany – główne miasto Nosy Be, które i tak wszyscy nazywają starą nazwą Hell Ville.

Obnośny sprzedawca pieczonych kurczaków „zrób to sam”.

Co z pewnością odbiegało od kanonów „afrykańskich” to… kobiety. Przynajmniej w mieście bardzo zadbane, wysokie, piękne i eleganckie. Podkreślające atrybuty urody i zaczepiające.

Wydaje się, że lubią być fotografowane… a może to kwestia atencji (?)

Pochodząca z Karaibów plumeria biała obecnie jest jedną z bardziej rozpowszechnionych roślin ozdobnych w całych tropikach.

Robienie zdjęć a potem pokazywanie ich to rozrywka dla dzieci też rozpowszechniona w całych tropikach.

Popołudniowy spacer plażą tuż przy resorcie też inny niż u nas w Trójmieście.


A ogród w samym resorcie pełen owoców na drzewach…

… i owoców zakazanych;)


A jedźmy już na te ryby bo cholera trafi!

W końcu!

Po godzinie wpłynęliśmy w ławicę bonito i zaczęła się akcja łapania „przynęty”. Ich mięso miało wylądować na hakach sztucznych przynęt by dodatkowo zapachem nęcić grubsze ryby.

W drugiej godzinie łowów siadła pierwsza żaglica!

Jej żagiel łopotał w demonicznym danse macabre. Walczyła zażarcie o życie jeżdżąc na ogonie jak jakaś piękna czarownica w sukni flamenco.

W końcu na pokładzie.

Żaglice płynąc za przynętą często wystawiają ten żagiel, który jest nastroszony kiedy są podniecone i pomaga im w sterowności. Paweł mógł nim się osłonić jak za parawanem.

Jeszcze wtedy nie wiedziałem ale kolejnego dnia miałem dojrzeć do nowej wyprawy dedykowanej tylko tej rybie.

Ciężko mi powiedzieć ile mogła ważyć ale pewnie powyżej 60 kilogramów. Szkoda że te stworzenia dostają w czapę wszystkie.

Reszta ekipy nie miała takiego farta by tak grubo rozpocząć wyprawę ale cieszyliśmy się każdą złowioną rybą jak dzieci. Wszystko dla nas nowe. Barakudy…

Sebastian z małym ale jakże pięknym karanksem błękitnopłetwym (Caranx melampygus) – jego kropki podświetlone przez słońce były wręcz elektryzujące!

Maciej z cesarzem małozębym (Lethrinus microdon).

I chwilę później z polującym na cesarze żarłaczem czarnopłetwym (Carcharhinus limbatus). Rekiny te z reguły pływają w dużych skupiskach. Zwykle nieśmiałe i pochliwe, w obecności ofiary stają się agresywne co w połączeniu z ich wielkością (do 2,6m) i szybkością stanowi realne zagrożenie dla ludzi.

Rafał z drugim i chyba ostatnim „bluefinem” wyprawy. Ach te kropki!

Znów niewielka barakuda.

Pierwszy dzień kończyliśmy nieco wcześniej jako, że jedna z łodzi musiała wrócić na Nosy Be po dwóch kolegów, którym samolot uciekł w Antananarywie po spóźnieniu z Malediwów.

Nieustający upał, zmęczenie podróżą i rozkołysany Kanał Mozambicki nie umilały noclegu. Miast spać w kajucie zdecydowałem się na sen na siatce katamaranu. Fajnie, choć po 3 w nocy zaczęło tak chlupotać, że podmyło mnie kilka razy i to by było na tyle ze snu. Potem już tylko rzyganko i… „kto ma Stoperan?!”

Afrykański, romantyczny zachód słońca na Castor Bank (wypłycenie już na pełnym morzu) średnio poruszał mnie wtedy w akompaniamencie wspomnianych dolegliwości.

Kolejnego dnia wszystkim nam ulżyło gdy znów zobaczyliśmy ląd. Tam też miałem zobaczyć dwie wielkie żaglice, które zawirowały w fali na wysokości moich oczu. Widok, który mi się śni. Widok przez który w październiku tego roku znów ruszę na łowy.

Sebastian marzył by złowić tą rybę! Dorado – niewielka ale cóż za feeria barw!

Bo marzenia same się nie spełniają. Trzeba im pomagać.

Na deser pierwszy rekin w życiu – Carcharhinus amblyrhynchos. Rekin szary rafowy – dzięki swemu temperamentowi są w stanie wyprzeć ze swych ulubionych rafowych stoków znacznie większe gatunki.

Żmudne godziny trollingu nakłaniały do chowania się w cieniu a i samopoczucie na kołyszącym morzu zwalało z nóg.

Zawsze jednak to lepsze od kiblowania na wygodniejszym katamaranie – w końcu w każdej chwili można złowić rybę życia.

Madame Tombe (Lutianus rivulatus) zwana też Snapperem Maoryskim.

Pyszny job fish czyli aprion niebieski (Aprion virescens). Uwaga bo mięso dużych osobników tego gatunków może zawierać ciguatoksyny wywołujące ciguaterę (zatrucie pokarmowe).

Ta ryba niemal przeciągnęła Rafała (a mały nie jest) za burtę. Przywaliła w Salmowego Slidera, że aż wióry poleciały!

I jeszcze jeden tego dnia szary rekin rafowy. Również niebezpieczny dla człowieka. Każdego roku odpowiada za kilkanaście ataków na ludzi.

Katamaran na horyzoncie oznaczał zbliżanie łowów tego dnia do końca.

Kolejnego dnia mieliśmy skrócić łowy w okolicach Castor Bank. Choroba morska nie ustępowała i każdy marzył by się w końcu wyspać w jakiejś spokojnej zatoczce.

Na kolację m.in. mątwy.

Paweł jako jedyny zasłużył by nosić takie wdzianko.

Te kolory mogły oznaczać tylko jedno…

Dorado

Niestety jak są piękne tak są smaczne. Przy czym rzucają się jak opętane więc ich uśmiercenie czasem przypomina krwawą jatkę. Cały pokład do mycia.

Po opłukaniu ale też po stracie kolorów.

Jak przystało na rejs w tropikach nie mogło obyć się bez delfinów popisujących się przed dziobem łodzi.

Mieliśmy też krótkie spotkanie z wielorybem (prawdopodobnie płetwalem Bryde’a (Balaenoptera brydei)).

Na takiego skalnego grzyba, który jest za Pawłem niejednemu łowcy morskiemu zadrżałoby serce. Tak było i z nami ale przewodnicy tylko napływali z jednej strony i gdy nie działo się nic po kilkunastu rzutach płynęliśmy dalej szukać płetwiastego szczęścia.

Oczywiście wszystkich opętała gorączka GT. Zatem popping był naszym głównym orężem.

Głuptaki białobrzuche (Sula leucogaster) tu odpoczywają ale gdy włącza im się głód szyją wodę jak pociski w poszukiwaniu ryb i głowonogów.

Przed nami jedna z wysp pięknego archipelagu Mitsio.

Seba z największą beloną świata – ogarem.

Tylosurus crocodilus

Jakże przyjemniej patrzy się na takie wyspy niż na rozkołysany bezkres oceanu.


Caranx heberi

I cel główny, tu akurat niewielki karanks żółtopłetwy – osławiony GT.

Krótka wizyta na odizolowanej niewielkiej wyspie archipelagu Mitsio i dzieci z kobietami polujące na ławice rybek.

Lokalesi (lokaleski) tak pozowali, że zdjęcia wyszły wręcz mało autentycznie;)


Pierwszego swego rekina wyciągnąłem na spółkę z Pawłem. Przynęty nas obu tkwiły w pysku i w płetwie ryby.

Hol bandyty pulsującego w błękitnej toni pod wygrzewającą się ławicą plataksów był wręcz magicznym widokiem.

Po czymś takim puszeczka zimnego piwka jest wręcz wskazana.

Kolory wysp tropików.


I „Piętaszek”. Jedyne co mu wychodziło to chłodzenie pokładu wiadrami wody. Resztę przemilczę.

Jako, że łodzie na których wędkowaliśmy były znacznie szybsze do umówionego miejsca dotarliśmy o wiele szybciej niż katamaran.

Mieliśmy zatem sporo czasu do zabicia. Ależ zejście na ląd po kilku dniach kiwania się na morzu jest dziwne. Błędnik szaleje.

Dzieci jak zwykle ciekawskie.

Takich zachodów się nie zapomina.

Światło zmienia się tam szybko.

Cóż było robić skoro katamaran jeszcze nie przypłynął? Najlepiej flaszkę. A że tamtejszy rum pobił nawet tak ceniony przez nas nikaraguański Flor de Caña…

Gekony jak zwykle wieczorową porą przy żarówce miały ucztę. Komarów na szczęście nie było. Ale Malarone łykaliśmy wszyscy. Nie ryzykujemy. Madagaskarskich ognisk dżumy też bać się nie musieliśmy jako, że ich ogniska wybuchają tylko w górach w centrum Madagaskaru. Niestety zbierają tam śmiertelne żniwo.

Śniadanka niestety nie tuczyły ale może i dobrze.

Napotkany dzień wcześniej rybak przyjął zamówienie więc na kolację spodziewaliśmy się uczty.

Langustynki

Podczas nocnego przypływu do brzegu wyspy przypłynęła towarowa łódź.

Nim nadejdzie kolejny przypływ jest czas by rozładować ładunek.

To też czas by zszyć rozdarte żagle. Pan Jan w eleganckiej panamie, autochton jednak widać bardziej dba o łepetynę by nie przewiać jej na tych mroźnych wodach;)

Kokosowe palmy mają wyciosane stopnie by łatwiej dostawać się do korony po orzechy.

Pan Jan jak zwykle adoptował miejscową rodzinkę. Mama widać bardzo zadowolona;)

Dom na fali

Czekamy na transport paliwa.

Grześ lepiej czuje się w klimatach 4x4 ale te poczuje w Patagonii dopiero za cztery miesiące.

W końcu zniecierpliwieni wypłynęliśmy naprzeciw katamaranem z nadzieją w sercu na jakiś jigging nim łódź przypłynie.

Wiatr w żaglach i we włosach wyraźnie poprawił nasze samopoczucie. A i w końcu przespana spokojnie noc też nie była bez znaczenia.

W końcu jest i paliwo.

Nosy Lava – to u jej brzegów zapnę pierwszego swego GT

Jest! Żaden kolos ale pokazał na co stać ten gatunek podczas holu. Ostra jazda!

Kaliskie poppery Łuczak&Garbowicz dopiero miały pokazać co z wody można wywabić.

Przy tych skałach prądy były takie, że powstawały wiry. Ponoć to jedno z lepszych miejsc w archipelagu Mitsio na GT i inne gatunki drapieżników.

400 koni na łowisko dowozi szybko i wygodnie a że spaliśmy na również przemieszczającym się katamaranie nie musieliśmy godzinami pływać na i z łowiska.

Druga łódź od rana uskuteczniała dzień konia.

Paweł otworzył wór dwoma dobrymi GT

Ależ taka ciemna ryba się pięknie prezentuje.

No i doskonały Lucjan dwuplamisty (Lutjanus bohar)

Bezkompromisowy drapieżca o imponującym uzębieniu…

…i przenikliwym spojrzeniu.

Imponująca wariola (Variola louti)

Killerzy na rafie – Maciej, Rafał i komandos.

Przy pompowaniu nie ma miękkiej gry. Kije strzelały ale nie ma tu miejsca na delikatności.

Maciej z dobrym GT


Rafael nie mógł na to dłużej tylko patrzeć.

Pięknego „Dżiita” poprawił po chwili jeszcze piękniejszym czerwonym gruperem.

Jedna z piękniejszych ryb wyjazdu.

Co znaczy dobry dzień.

Zabójcze trio

Maciek – bardzo fajny facet, choć wkurza bo każda dziewczyna przy Jego zdjęciu się pyta „a to kto?”;)

No i trawki nie można przy Nim jarać bo przyskrzyni;)

Można za to po dniu zmagań z oceanicznymi stworami się schłodzić w ich domenie.

A potem posilić się jak trzeba. Nasz portugalski kucharz stanął na wysokości zadania.

Voilà! Langustynki gotowe.

Dobrze, że łodzie wędkarskie z reguły na kotwicy stały sobie w nocy z dala od katamaranu bo gdy rano podpływały suszące się na dachach ryby rozsiewały wątpliwej przyjemności woń. Taki afrykański wunderbaum.

Każdego poranka w pobliżu lądu pojawiały się na wodzie malgaskie łódki.

Zaraz po nich (trzeba było zjeść śniadanie) ruszaliśmy my.

Nie byliśmy sami.

Po napłynięciu na ławicę job fishy te pojawiały się na kilku wędkach na raz. Brania symultaniczne.

Patrick – główny kapitan przy pomocy szydła do płóciennych żagli uzbrajał złowione makrele na rekiny lepiej od krawca.


Grześ szybko musiał wypróbować ten rodzaj zbrojenia przynęty na rekiny. Opamiętał się dopiero gdy usłyszał, że żarłacza białego i tak nie złowi. Jak zwykle hak trzeba było wypruć na wylot aż wylazł cały grot. Jedne cążki poszły w cholerę, drugie dały radę obciąć. Bez grotu ucięty hak wraca tą drogą, którą się dostał. Rum na ranę i od środka i zawsze jest dobrze. Zgadnijcie, który palec jest potem ulubionym palcem żony;)

Witek skupił się na łowieniu przynętami sztucznymi. Wystarczyło mu nęcenie mahseer w Nepalu krwią z własnej kostki.

Miniatura podwodnego mordercy też daje popalić.

To dzięki Grzesia jasnym Rapalom statystyki cały pokład miał mieć wkrótce znacznie lepsze.

Dopiero zęby makreli królewskiej/hiszpańskiej (Scomberomus commersoni) przypominają, że makrele to drapieżniki.

Płynąc zobaczyliśmy je z dala jak się popisują.

Wyskakiwały kręcąc zimpetem śruby i beczki jakby chcąc nas zainteresować z daleka.

To spinner dolphin (stenella longirostris) po polsku zwany delfinkiem długoszczękim.

Najwięksi akrobaci w świecie delfinów.

Przetrzebione jako, że w połowie minionego wieku rybacy odkryli, że ssaki te zawsze trzymają się ławic tuńczyków żółtopłetwych. Łowiąc tuńczyki często w sieci wpadały i te delfiny i niestety często nie przeżywały.

W innym rejonie Kanału Mozambickiego Paweł w tym czasie młócił „gieciaki” jednego…

… po drugim.

Maciej między „Pawłowymi” GT dopadł najpierw dobrą barakudę.


By szybko poprawić dobrym GT.


Sebek też musiał w końcu coś zrobić.


W końcu i Rafał pokazał klasę bardzo dobrą makrelą.

Sebastian jednak lubi mieć ostatnie słowo.

Kolejny gatunek grupera zaliczony.

A jakby ktoś miał jeszcze wątpliwość czy Seba umie sobie rybkę złowić…

GT – karanks żółtopłetwy (Caranx ignobilis)

Wszystkie GT bezwzględnie wracały do wody. Pewnie się je trzyma zatem sesje zdjęciowe powinny być sprawne i szybkie nim ryba wróci do wody. Nie jest ponoć nawet smaczna i nie jest kompletnie rybą gospodarczą. Nie łowi ich żaden lokalny rybak na mięso więc trzeba być ciulem by je zabijać!

Niskie słońce wróżyło końcówkę łowów.

Tego dnia czekał nas nocleg w zatoce baobabów.


Niektórzy mówią, że drzewa te rosną korzeniami do góry.

Jeśli tak jest to w ich korzeniach znaleźliśmy i miejsce na nocleg wielkich owocożernych nietoperzy.

Rudawki madagaskarskie (Pteropus Rufus) zwane też madagaskarskimi lisami latającymi.

Baobab Grandidiera (Adansonia grandidieri) zagrożony gatunek największego baobabu rosnącego na Madagaskarze.

Nim dopłynęliśmy druga łódź już była „w domu”. Przypłynęli też goście.

Zaciekawieni przybyszami Malgasze okazali się bardzo wesołymi ludźmi.

Orion to niewielka, francuska manufaktura jednych z najlepszych popperów na świecie.

Madagaskarski zmierzch.


Jak zwykle, wieczorem mimo protestów przewodników wskoczyliśmy do wody by się nieco schłodzić. Protestów – bo okolica ponoć obfitowała w barakudy. Eeeee – strach ma wielkie oczy a to prości ludzie są.

Kilka godzin później Grzesiu miał w totalnych ciemnościach złowić tą barrę! Nie zniechęciło to nas bardzo do kolejnych kąpieli ale te nasze żabki były odtąd dość oryginalne – pływaliśmy z kolanami pod brodą;)

Kolejnego dnia czekała nas wizyta na najdalej wysuniętej na zachód wyspie przylądka San Sebastian.

Otoczona klasycznym rafowym atolem Nosy Anambo.

Przywitały nas licznie czaple zmienne (Egretta dimorpha) a dokładnie ich czarna odmiana (jest jeszcze biała).

Niegdyś stała tam latarnia i strażnica. Dziś znaleźć można tam tylko ruiny, muszle i mnóstwo martwych koralowców wyrzuconych na plaże przez fale.



Po posileniu się, kąpieli i odpoczynku pora wrócić do łowów tym bardziej, że na wodzie poruszenie.

GT bije!

W takich okolicznościach wystarczy tylko Popperem trafić w środek takiego tygla.

Pan Jan zwykł na Andamanach łowić większe sztuki ale takimi też potrafi się cieszyć.

Nawet z takich się cieszył. Rekin widać nie darował!

Grześ znów dorwał fajną makrelkę.

Chwilę później poprawił job fishem.

U mnie zaś zameldowała się barakuda.

Uzębienie słodziaka;) Na szczęście atak tych ryb na ludzi notuje się raz na 4-5 lat.

Nocny strażnik.

Choroba morska na szczęście już u każdego przeszła ale chwile na lądzie zawsze były mile widziane.

Barrakuda trafiła na ogień i… okazało się, że tak upieczona jest wręcz wyborna! Prześwietne mięso.

Gdy będziecie kiedyś na Madagaskarze a już w ogóle na Nosy Be to pamiętajcie o rumie Dzama. Zaprawiony delikatnie wanilią jest dosłownie wyśmienity! Najlepszy napitek ever!

Po kilku dniach salt-fishingu mogliśmy się pochwalić całą gamą siniaków i krwiaków. Ryby oceanu indyjskiego to barbarzyńcy!


Najlepszy pilker do vertical jigging podczas naszej wyprawy. Nie wiem co bardziej męczące – popping czy jigging?

Grzesiu po egipskich doświadczeniach najbardziej sobie upodobał popping. Z resztą Jego rzuty i prowadzenie poppków widać było z bardzo daleka. Żadnych ladies casts.

Choć jak widać na przykładzie tego kocmołucha nie pogardzał też woblerami.

To był dobry dzień na czerwone grupery.



Grzegorz od czasu do czasu lubi pokazać co to power w łapie! Operowanie tą betoniarką to nie lada wyczyn…

A przy 80-kilogramowym rekinie jest co robić.

Takich ryb już nie wciąga się na pokład. Nasze kulasy jednak nam miłe.


Zmiana łowiska.

Kolejna wizyta na pięknej Anambo.

Nie ma to jak kąpiel wewnątrz bezpiecznego atolu otoczonego przez rekinią bandyterkę.

Krab pustelnik – jak kiedyś pisałem w relacji z Papuy gatunek ten musi sobie znaleźć pustą muszlę. To jego być albo nie być. Wraz z wzrostem musi przenosić się do większych muszli.

Nie ma to jak mangosek po kąpieli.

Witek w akcji.

Taka barakuda może już zrobić niezłe kuku człowiekowi.

Pan Jan podczas jiggingu zapiął coś poważnego. Nieźle się namachał by to to wyciągnąć.

Kawałek żywej rafy koralowej. Wrócił do wody.

Nie było chętnych tego dnia do operowania betoniarką.

Aluminiowy kij bejzbolowy to główne narzędzie do wyczepiania rekinów.

Nie był za duży, zatem nadawał się do zdjęcia.

Żarłacz srebrnopłetwy (Carcharhinus albimarginatus).

Witek miał swoją barrę więc do „betoniarki” się nie pchał. Za to z makrelami radził sobie wyśmienicie.

Makrele królewskie mają szczęki jak gilotyny.

Klasyczne przynęty na żaglice i marliny. Dopala się je kawałkiem rozwidlonego fileta, który dodatkowo wabi potwory.

By skusić żaglice pływaliśmy ze znaczną prędkością (16 mil/godz) w klasycznym trollingu. Kabłąki otwarte a żyłka wstrzymana tylko przez gumki recepturki. Ryba po braniu swobodnie zrywała gumkę mając jednocześnie czas i swobodę by połknąć hak tak by móc skutecznie ją zaciąć.

Niestety po kilku akcjach kiedy żaglice wąchały, goniły a czasem nawet brały zacięcie ich graniczyło z cudem. Takie formacje skalne jednak były świetnymi miejscami na karanksy.

Z nadzieją na GT.

Maciej z tuńczykiem bonito.

Tyle zostaje z bonito gdy zainteresuje się nim rekin.

Maciej z lucjanem

Seba z GT

I z karanksem smugowym/wielkookim – choć pewnie najbardziej pasowałaby mu nazwa łacińska (Caranx sexfasciatus).

Z lucjanem dwuplamistym.

Nie wiem czy Rex Hunt dałby radę ale Sebek pocałował;)

Z rybami Madagaskaru pożegnał się tą piękną barakudą.

Barra!

Łódź chłopaków zakończyła łowy z przytupem. Przynęta była uzbrojona nie tyle w hak co w coś rodzaju mocnej gazy. Żaglice zwykle wplątują się drobnymi ząbkami i dziobem w materiał i potem nie mają szans. Dobry pomysł na polskie belony!

Jeden sprawny ruch.

I te gasnące kolory.

Szczęśliwym łowcą znów był Paweł Sinica, którego pierwszą rybą tej wyprawy była też żaglica.

Zobaczymy jak pójdzie mu w Malezji:)

Tak – dla tego żagla ruszamy w październiku do Malezji. Po prostu musimy się żaglicom dobrać pod te spódnice!

Coraz bliżej resortu.

Kierowniczka restauracji w naszym resorcie.

Noce na Nosy Be są ciepłe i wilgotne. Na miasto lepiej nie jechać jeśli się nie chce zgrzeszyć. Lepiej zająć się nocną fotografią – też pięknie, choć mniej grzesznie;)


Nie ma się co dziwić grzesznikom skoro niebo takie piękne.

Nocna posiadówa w resortowym basenie, barmanki nie pozwalające ujrzeć dna szklanki, te gwiazdy i smak rumu Dzama skutecznie zniechęciły grupę do ostatniego występu na rybach. Gdyby nie Grzesiu to pewnie bym nie dał rady wstać. A poranek na wodzie niemniej piękny od nocy.

Wizyta u rybaka, który pięknie wyczyścił jedną ze szczęk rekina.

Ławica drobnicy podobna do narybku żmijogłowów. Tylko ptaki ją uszczuplały wybierając ryby jedną po drugiej.

Ostatni dzień był jednym z lepszych dni na wodzie.

Wraz z Grzesiem mieliśmy złowić około 15 metrowych makreli królewskich.



Ich kolory były fenomenalne.

Brały na takie oto Rapale.

Na rafie spróbowaliśmy też łowienia z gruntu i padły piękne jednorożce wielkonose (Naso vlamingii).

Uwaga przy podbieraniu tych ryb! W nasadzie ogona mają ostre brzytwy. Żeby było ciekawiej – trujące!

I kolejne dziwadło…

… z jeszcze bardziej zdradliwymi cierniami, bo takimi co się chowają! Oczywiście też z toksyną.

Po zmaganiach z wielką rybą, która nie zostawiła najmniejszych szans na swe wyciągnięcie (prawdopodobnie gruper 50kg+) musiałem pocieszyć oko tym niewielkim ale jakże pięknym czerwonym snapperkiem.

Grzegorz z fajnym job fishem, który miał trafić na kolacyjny stół.

I ostatnia ryba wyprawy…

… znów makrela królewska.

Kiedy cieszyliśmy oczy jakże pięknymi gekonami w resorcie…

(na zdj. Felsuma madagaskarska (Phelsuma madagascariensis))…

Łowca żaglic relaksował się z nowo poznaną Melisą w hotelu Vanila.

Z wody hotel ten wygląda tak.
W dwudziestoleciu międzywojennym pojawił się plan oddania wyspy Polsce jako naszego terytorium zamorskiego. Niestety nie mogące się dogadać środowiska żydowskie i patronat nad całą sprawą ministra Becka były podwaliną porażki przy realizacji tego jakże obiecującego przedsięwzięcia.
Dziś plaże Nosy Be jak ta należą do najlepszych i najpiękniejszych hoteli świata. Swe wakacje spędza tam francuska śmietanka, rzadziej pałętający się wędkarze z Polski.
A mogło być tak pięknie…

Madagaskar wraz z Nosy Be to liczne plantacje wanilii a także kwiatów Ylang Ylang i paczuli, tak cenionych przez producentów perfum.

Oczywiście zbiorem kwiatów zajmują się kobiety. Również one tylko sadzą ryż (chodzi o płodność i wiarę w wpływ na plon)


Tam gdzie plantacje Ylang Ylang zawsze można liczyć na jakże barwne kameleony.

Kameleon lamparci (Furcifer pardalis)

Odmiana kameleona lamparciego z Nosy Be jest znana w świecie hodowców. Oczywiście tak ubarwione są tylko samce. Samice są mniejsze i mają bardziej kamuflujące kolory. Na zdjęciach wyżej dostrzec można niewyraźne brązowe pionowe pasy. Zwierzę zestresowane pokazuje je bardzo wyraźnie. W ogóle zmiany koloru wiążą się albo wraz ze stanem fizycznym bądź emocjonalnym a także jest to forma komunikacji wewnątrz gatunkowej. Ich oczy pozwalają im obserwować okolicę w promieniu 360 stopni bez ruchu głową. Do tego widzą światło ultrafioletowe. Przedziwne zwierzę.

„Uliczka” Ambatozavavy.

Z Ambatozavavy ruszyliśmy tradycyjnymi pirogami do magicznego lasu Lokobe – jedynego chronionego skrawka Nosy Be.

Niestety dyma się tam równą godzinę i to trzeba się przykładać przy pagajach. W ponad trzydziestostopniowym upale wątpliwa przyjemność.

Choć widoki po drodze są piękne.


W końcu dotarliśmy do rajskiej wioski Ampasipohy.

Malgaszki sprzedają tam różne pamiątki i inne wyroby rękodzielnicze.



Las Lokobe słynie z możliwości zobaczenia lemura czarnego (Eulemur macaco). To samce są czarne.

Samice tego gatunku są rudo – brązowe. Widzieliśmy kilkadziesiąt osobników tego gatunku – także szczęścia sporo.

Spotkaliśmy także jakże osobliwe płaskogony – gekony liścioogoniaste (Uroplatus sikorae). Ich zdolność kamuflażu jest fantastyczna.


Lepilemury – wybitnie nocne lemury, które w dzień są kompletnie ślepe.

By je wypatrzeć trzeba było naprawdę uważnie badać korony drzew. Pozostawały w całkowitym bezruchu.


Wszystkim lemurom zagraża madagaskarskiboa naziemny (Acrantophis madagascariensis).

Co ciekawe - węże boa zamieszkują gęste lasy tropikalne Ameryki Południowej. Z dusicieli w Afryce występuje zaś inna grupa węży - pytony. Jak to się stało, że leżący u wybrzeży Afryki Madagaskar zamieszkują boa? Miliony lat temu wyspa ta była połączona właśnie z Ameryką Południową. Po rozdzieleniu Gondwany (prastarego lądu) „pływając” po oceanie, dobiła w pobliże Czarnego Lądu. Taka ciekawostka.

Mało znana, wiodąca bardzo skryty tryb życia - Brookesia perarmata. Nasz przewodnik nie mógł patrzeć jak trzymam na dłoni tego małego kameleonka. Według malgaskich wierzeń wróży to nieszczęście. Dlatego Malgasze nigdy nie dotykają kameleonów!

Występujące w Lokobe węże są endemitami.

Płazy również.

Częsta sztuczka w żabim świecie. Po odwróceniu na plecy pokazują jaskrawe barwy na brzuchu.

Ten krocionóg z gatunku Aphistogoniulus corallipes też jest madagaskarskim endemitem.

Jakże mniej okazała samiczka kameleona lamparciego.

Fotograficznie Madagaskar to totalny kosmos!

Oczywiście felsumy madagaskarskie to również gekony występujące tylko na Madagaskarze I przyległych doniego wyspach.

Zwierzęca zagroda w Ampasipohy. Zwróćcie uwagę na naczynie z wodą.

Paznokietki pomalowane być muszą;)

Gdzie Pan Jan tam dzieci tańczą I się śmieją.


Rajska plaża Ampasipohy podczas odpływu.



Tamtejsze domy przypominają czasy piratów.

Madagaskarski wąż wodny (Thamnosophis lateralis).

No I znów dzieci – jakże wdzięczny temat do fotografowania.




Malec naśladujący ojca.


Przyszła Miss Madagaskaru:




Madagaskar – czwarta co do wielkości wyspa na świecie to prawdziwa wyspa dziwów.

A czyż Bóg dał nam oczy, węch, uszy i rozum by tymi dziwami się nie zachwycać?

W wyprawie udział wzięli (od lewej):
Witek Woźniak, Paweł Sinica, Rafał Czuba, Jan Piotrowski, Sebastian Podgórski, Maciej Buch, Rafał Słowikowski I Grzegorz Popiela.

Madagaskar dobitnie nam pokazał jaki świat jest wspaniały. Patrzyliśmy na te dziwa I czuliśmy się cholernie uprzywilejowanymi ludźmi. Niezwykłe miejsce, obfitujące w jakże liczne gatunki ryb w opływjących je wodach. Raj dla wędkarza – choć ten musi być twardy, nastawiony na temperatury z piekarnika, duchotę, ciasnotę I całą game obrażeń przy wędkowaniu. Ryby naprawdę potrafią dać wycisk. Ale warto! Cholernie warto!
Wiele bym dał by znów spojrzeć jak słońce zachodzi gdzieś tam, za oceanem indyjskim. Za domem wspaniałych żaglic w indygo, z którymi na szczęście przyjdzie się nam wkrótce zmierzyć gdzieś dalej.
A może też chcesz ruszyć z nami?
Jeśli tak to śmiało pisz: rafalslowikowski@yahoo.com
lub dzwoń: 501 762 321 Rafał Słowikowski
Zapraszam. Bilety już mamy:)

Tekst I opracowanie: Rafał Słowikowski
Zdjęcia: Maciej Buch, Sebastian Podgórski, Grzegorz Popiela, Paweł Sinica I Rafał Słowikowski
Członkowie | Wyprawy | Artykuły | Parada rekordów | Plany | Linki | Kontakt
Prawa autorskie do zdjęć i tekstów zamieszczonych na tej stronie są zastrzeżone i chronione polskim prawem.
Fotografie są własnością członków klubu i nie mogą być wykorzystywane bez ich zgody.